czwartek, 17 lipca 2014

Jakie jest minimum kobiecej kosmetyczki?




 I czy minimum w kobiecym czymkolwiek w ogóle istnieje? Jestem kobietą, to pewne, nikt mi nie powie, że jest inaczej. Skoro jestem kobietą, kwestię minimalizmu kosmetycznego postanowiłam sprawdzić na swoim przykładzie.


Poddałam szczegółowej obdukcji mój magiczny koszyk, którego zawartość przesypuję do kosmetyczki, ilekroć muszę gdzieś jechać i wyglądać przy tym jak człowiek (pomijam tu inne, dość istotne przedmioty jak szampon, żel pod prysznic, dezodorant itd., ponieważ wierzę, że każdy z nas posiada coś takiego, sukcesywnie używa i traktuje jako oczywistość. Chodzi mi o różne, możliwie całkiem zbędne pierdoły, które każda kobieta ma i nie wyrzuci, bo to przecież niezbędne!).



                                          W sumie 11 produktów. Oczywiście niezbędnych.

Batiste, suchy szampon - wspominałam, że jestem leniwa. Nie zliczę ile razy lenistwo wygrało i nie szłam pod prysznic, aby umyć włosy. Chyba nie muszę mówić, jak bardzo niezbędne jest wtedy posiadanie suchego szamponu. Świetnie odświeża włosy i można wyjść bez problemu do ludzi.

URIAGE, woda termalna - muszę przyznać, że był to zwykły kaprys, miewam takie od czasu do czasu. Jednak bardzo lubię spryskać tym twarz w gorące dni, albo też bez powodu, w te mniej gorące.

TANGLE TEEZER - niby oczywista, ale jednak nie do końca. Szczotka. Szczotka do włosów. Magiczna szczotka do włosów. Niezbędna.

Olejek rycynowy - nigdy, przenigdy dajcie sobie założyć sztucznych paznokci przez kompletnie niedoświadczoną ciamajdę, która mianuje się wyższym tytułem manikiurzystki. Ja popełniłam ten błąd i kiedy moje paznokcie wesoło sobie pękały na pół ten specyfik ratował mi życie.

ALTERRA, pomadka do ust - tania i robi to co ma robić. Obowiązkowo.

Sally Hansen, Insta-Dri Top Coat - wracając do historii paznokciowej. Nie dość, że paznokci prawie nie miałam to jeszcze z tego co zostało odpadał lakier. Dzięki temu trzymał się na swoim miejscu, nawet jeśli to miejsce było mniejsze o połowę.

CLINIQUE, płyn złuszczający - śmierdzi przeokropnie, ale jak działa. Pozwala utrzymać moją twarz w stanie reprezentatywnym. Niezbędny!

CLINIQUE, emulsja nawilżająca - uniwersalna, na dzień, na noc. Nie lepi się a twarz jest nawilżona. Jak wyżej, również niezbędna.

Lirene, żel peelingująco-wygładzający - jak ja kompletnie nie umiem pisać o kosmetykach. Żel to kolejna rzecz, na którą zapotrzebowanie nie spadnie, bo mój kobiecy mózg uważa, że jest potrzebna, strasznie potrzebna.

tołpa botanic, amarantus, maseczka rozświetlająca - nie lubię maseczek. Jednak zawsze mam zapas, ponieważ usilnie wierzę, że jakaś papka na twarzy pozwoli mi się lepiej zrelaksować.

tołpa sebio, 4w1 - używam jako wszystko oprócz maseczki. Ratuje moją twarz, kiedy wygląda jak inna część ciała z rejonów dolnych.

O, proszę. Jak bardzo minimalistycznie.