środa, 16 lipca 2014

UWAGA! Kobieta za kierownicą, czyli o mojej niechęci do czterech kółek.



Nie tylko o nienawiści, o której można pisać wiele, ale również długiej i ciężkiej drodze, którą przebyłam, aby zdobyć ten prestiżowy kawałek plastiku.

Kiedy ktoś pyta mnie ile razy zdawałam egzamin na prawo jazdy z dumą w głosie odpowiadam kilka. Do kilkunastu na szczęście nie doszło. Jednak do dziś te cztery litery, cztery mrożące krew w żyłach tysięcy kursantów litery, przerażają. WORD. Zostawiły niesmak tak wielki, że nie lubię ani miasta, w którym jeździłam na kursach i egzaminach, ani już tym bardziej szkoły, która mnie przygotowywała.

To była wiosna. Piękna, słoneczna. Wtedy właśnie udałam się do szkoły X zapisać się na kurs prawa jazdy. W głowie miałam liczne, optymistyczne wizje. Wszyscy mieli się dziwić, że jestem tak wspaniałym kierowcą. Kurs zaczęłam wiosną. Egzamin zdałam w październiku. Wszyscy się dziwili, owszem. Dziwili się, że w końcu udało mi się zdać.

Każda jazda była dla mnie katorgą. Mój instruktor, człowiek pełen dobrych chęci, był niesamowitym gadułą. Ile to ja nie słyszałam o wódce, melanżach z jego kolegą, panem Y, gdzie strumieniami lały się ruskie szampany! Natomiast gdzie mam jechać słyszałam dość rzadko, ponieważ pan instruktor był zajęty licznymi rozmowami telefonicznymi, ze swoją mamą, na przykład, czy z kumplem od ruskaczy. I wtedy to nastąpiło.

Zraziłam się strasznie. Do pojazdów z dużą ‘elką’ na dachu, do instruktorów, do egzaminatorów, do ulic, do pieszych, do psów, do kotów, do much. Do wszystkiego.


Jednak uważam, że kobiety są dobrymi kierowcami. Znam ich wiele. Obelga ‘jeździsz jak baba’ traci swą siłę rażenia, ponieważ wielu chciało by tak jeździć. Tak jak te baby. Martwią mnie stereotypy. Kiedyś pojechałam (w roli pasażera, oczywiście) z moim kolegą do warsztatu. Kolega był tak nieuważny, zakochany może, że wlał nie to paliwo co trzeba. Zorientował się dopiero, kiedy samochód stanął i stał tak i nie chciał nigdzie ruszyć. Kiedy wspólnie z panem kolegą dotarliśmy, wraz z lawetą z nieruszającym się na niej samochodem, do warsztatu, padło pytanie ‘kto nalał’. Oczywiście wszyscy spojrzeli wtedy na mnie.