piątek, 25 lipca 2014

Biel. Biel wszędzie.



Nigdy nie przepadałam za dużą ilością kolorów wokół siebie i na sobie. Moim ulubionym kolorem jest czerń. Prosta, klasyczna. Jednak kiedy moja sąsiadka z troską w głosie zapytała, czy spotkało mnie jakieś nieszczęście, bo czarny, a czarny to niechybnie żałoba, stwierdziłam, że może czas na zmiany. Po wysłuchaniu kondolencji byłam już tego pewna.


Padło na biel. Bo lato i bo takich rzeczy mam, po czarnych oczywiście, w swojej szafie najwięcej. W szalonej liczbie sześciu sztuk. Potwierdzenie słuszności swojej decyzji znalazłam w lipcowym wydaniu GLAMOUR. To jak danie kobiecie zielonego światła i pozwolenie na wjechanie do sklepu, które wiadomo jak się kończy. Na minusie.




Potulnie poszłam na tę niebezpieczną wyprawę, czyli na zakupy. Uzbrojona tylko w portfel i wizję siebie w zwiewnych sukienkach, jakże modnej i szykownej. Wszyscy będą wzdychać, wszyscy będą zazdrościć, a ja, w blasku promieni słońca, z tęczą nad głową i chórem aniołów dookoła, pełna tej wyrafinowanej, trudnej do osiągnięcia elegancji i delikatności, przejdę przez miasto, a nawet przefrunę, jak nadludzka istota. Nadludzka, nieosiągalna, piękna i przede wszystkim BIAŁA. Bo biel jest w modzie.

Marzenia marzeniami. Wróciłam dzierżąc w dłoni lakier do paznokci (nie wiem, czy kogoś to zaskoczy, ale tak, owszem, biały) i dwie pary butów, w tym jedne, które ponad połowa społeczeństwa płci męskiej z powodzeniem uzna za brzydkie. Ja określam je jako interesujące. O wiele lepiej brzmi. Żadnych zwiewnych sukni do ziemi. Nici z fruwania. Tylko interesujące buty. Może sama przez to awansuję do poziomu interesującej istoty, która wie co się nosi, bo widziała w gazecie.