Przyznaję, że to okładka mnie skusiła. Jestem straszną estetką, więc każdy taki drobiazg ma dla mnie ogromne znaczenie i to znacznie utrudnia mi życie. Chętna poznania nowej historii o pięknej, intrygującej kobiecie na równie pięknej okładce, pobiegłam do kasy i zostawiłam w niej 50 złotych.
Nie wiem na co liczyłam. Chwila, wiem. Na wciągającą historię. Usiadłam zadowolona, pełna zdrowej, ludzkiej ciekawości, drżąca z podekscytowania bo znowu mogę bezkarnie grzebać w czyimś życiu, a wiadomo, że my, ludzie, to uwielbiamy. Czytam. Ciężko. Czytam. Coraz gorzej. Dalej czytam. Nie tyle co z każdą stroną coraz ciężej mi było przebrnąć przez tekst, to jeszcze zaczęło mnie ogarniać pewne uczucie. Jak się ono nazywa? A, tak. Rozczarowanie.
Tytuł pierwszego rozdziału dał mi do myślenia - 'I love Bardot'. Ja też chciałam, niestety nie udało mi się to. Może liczyłam na zbyt wiele, może jestem bardzo wymagającym odbiorcą, ale odnoszę wrażenie, że Brigitte jest niespełnioną fantazją autorki. Wypowiada się o niej praktycznie w samych superlatywach. O jej niemalże magicznych zdolnościach, o rewolucji jakiej dokonała w kinie, na świecie. Może i dokonała, ale po stu stronach lektury przestaję wierzyć we wszystko. Chciałam zobaczyć! Chciałam poczuć! Oczywiście nic takiego się nie stało. Ewentualnie chciało mi się, za przeproszeniem, rzygać od tej całej słodyczy. Czułam jakby ktoś próbował mi na siłę wpoić obraz idealnej kobiety. Nie chcę tego widzieć! Nie szukam wyidealizowanego obrazu. Szukam rys. Szukam człowieka.
Jednak jest światło na końcu tego wielkiego, ciemnego tunelu. Autorka pokazuje trochę brudnych rzeczy, wybielanych, ale jednak ludzkich. Uwaga! Okazuje się, że ta piękna kobieta wychwalana nad niebiosa, miała wady. Eureka! Była chora, była złą matką, była kobietą i równocześnie dzieckiem, niszczyła swoje związki, zdradzała. Nie była idealna. Może to ratuje ego czytelnika. Może to JA chciałam dopieścić SWOJE ego obrazem nieperfekcyjnej Brigitte. Może to właśnie ratuje tę książkę. Może oczekiwałam za dużo. Jedyne co mi pozostało, to oglądnąć filmy pani Bardot. Niech magia i naturalność obroni się sama.