Pisząc o minimalizmie w kobiecej kosmetyczce odniosłam się do pielęgnacji (sprawdź tutaj). Kolorówki nie tknęłam, bo jak w przypadku każdej kobiety, jest to temat rzeka.
You Tube i blogi przychodzą z pomocą. Grzebaliśmy w torebkach, teraz pogrzebmy w szufladach. Proszę bardzo, wybór mamy ogromny: 'Moja kolekcja kosmetyków', 'Moja toaletka', 'Moja organizacja kosmetyków'. Tematy z teorii tak błahe, że szkoda na nie czasu.
Toaletka. Kobiece królestwo. Z dumą prezentowane, każdemu kto jest wystarczająco zainteresowany, fotografowane, dostępne wszem i wobec w internecie. Zawsze wysprzątana. Zawsze idealna. Zastanawia mnie ten wszechobecny kult rzeczy martwych. Na takich sobie toaletkach wszystko ma swoje miejsce, stałe i niezmienne. Wara coś przestawisz! Na wierzchu stoją oczywiście kosmetyki warte zaprezentowania, bez wątpienia drogie, a najlepiej dające powód do zazdrości osobom trzecim, która umili dzień ich właścicielce. MAC kłóci się o miejsce z Chanel, a Bobbi Brown najchętniej by wyszła, bo ma dość tych cyrków. Ale gdzie, skoro wszystkie inne, te bardziej i mniej uprzywilejowane miejsca są już zajęte przez masę innych kosmetyków, również potrzebujących domu? Szanująca się kobieta musi mieć przecież wybór. To fakt równie stały i niezmienny. Wracaj do siebie Bobbi.
Mogę ironizować, bo nic innego nie pozostaje a ironia jest dobra na wszystko. Jednak wiem o czym mówię. Przyznaję, kosmetyków kolorowych mam zdecydowanie za dużo. Wiąże się to z moim zmysłem kolekcjonerskim i tą naturalną, kobiecą potrzebą posiadania pięciu podkładów, którą wszystkie znamy. Na szczęście ktoś mądry kiedyś stwierdził, że z naturą się nie walczy. Z lekkim sercem składam broń i wywieszam białą flagę.

